POKOLENIA. Katarzyna Adamczak i jej córka Sylwia Adamczak-Kucharska z Paczółtowic podejmują dziwne wyzwania i włączają w nie rodzinę. Dla frajdy szyją stroje z czasów hrabiny Potockiej, to znów ubranko dla małego Lajkonika.

Babcia Kasia zupę ziemniaczaną przyprawia maleńkimi fioletowymi kwiatkami i wszystkim poleca to ziele – bluszczyk kurdybanek. Mama Sylwia mówi, że urodziła się nie w tej epoce i z wdziękiem ubiera kapelusze, a z zasłon szyje suknie balowe.

Szycie i wymyślanie to pasja obu pań, więc znajdują okazje, żeby Serafinę, córkę pani Sylwii przebierać za żuczka, innym razem za motyla lub hrabiankę, a jej brata Remika najpierw za miniaturowego Lajkonika, to znów za Ludwika XIV. Z czasem sprawiły mu też monocykl, czyli rower z jednym kółkiem. Pojazd taki zachwycił babcię, gdy zobaczyła go w telewizji. – Pokazała go mamie, a mama znalazła podobny w internecie i kupiła. Latem jeżdżę nim po Paczółtowicach i po Rynku w Krzeszowicach – mówi 12-letni Remigiusz.

U Adamczaków i Kucharskich w Paczółtowicach tak już jest, że fascynuje ich to, co dziwne, niezwykłe, wymagające pomysłu, poświęcenia, cierpliwości.

Te panie nie tylko w marcu, nie tylko w Dzień Kobiet, przyciągają uwagę. Jeśli biorą się za uszycie czegoś, to efekt zaskakuje wszystkich. Tak było w Krzeszowicach na dorocznej “Majówce u hrabiny Zofii”. Mieszkańcy miasta przebierali się wówczas w stroje z minionej epoki, wypożyczone z krakowskiego teatru. Sylwia Adamczak-Kucharska z córką Serafiną uczestniczyły w tym święcie. Jednak one miały suknie uszyte przez Katarzynę Adamczak, mamę jednej z dam i babcię drugiej.

Przygodę z igłą, nitką i maszyną pani Katarzyna zaczęła w młodzieńczych latach. Najpierw swojej mamie Zofii pomagała w pracy zarobkowej, szyjąc torebki . Wzorowała się również na ciotce Józefie, siostrze mamy. A ta była prawdziwą artystką, wziętą krawcową w Krzeszowicach. – Kroiła materiały tak, że niech się schowają wszyscy dzisiejsi projektanci – zaznacza pani Sylwia. – U niej na pierwszym miejscu była elegancja, a potem moda – dodaje pani Katarzyna, która sama nie szyje zarobkowo, ale dla swojej rodziny podejmie się każdego wyzwania. I wie, że dopracować trzeba detale, żeby po złożeniu wszystkiego w jedną całość idealnie pasowały.

Gdy pani Sylwia postanowiła iść na plenerowy bal historyczny, to pani Kasia natychmiast zaczęła myśleć o szyciu sukni, a nawet dwóch – dla córki i wnuczki.

– Zawsze zaczyna się od tego, że ona mnie podpuści – pani Katarzyna wskazuje na córkę Sylwię, która uparcie realizuje swoje pomysły. – Nie chciałam ubierać tych starych strojów, których nie można było wziąć do domu, porządnie odczyścić. Chciałam mieć własną suknię – wyjaśnia.

Obie panie zaczęły się zastanawiać, jak mają wyglądać kreacje. – Nam w takiej sytuacji nie chodzi o to, żeby kupić materiał i szyć, ale zrobić coś z tego, co mamy w domu – mówią tajemniczo. Po chwili zdradzają, że w tym przypadku jedna stanęła na stołku, zdjęła z okna zasłony – i był materiał na suknię. Doszło poszukiwanie drutów, bo kreację trzeba było usztywnić. A potem już była w tym głowa pani Kasi, żeby wyszła suknia z przepychem. I udało się.

Do tego obowiązkowo musiał być kapelusz, czyli kolejne wyzwanie dla szwaczek. Czy do zrobienia kapelusza trzeba mieć wprawę? – Nie. Trzeba mieć sposób – twierdzi starsza z pań. Zaszła potrzeba, by wcielić się w rolę modniarek, więc kobiety z tego domu zrobiły to bez zastanawiania. W efekcie powstał kapelusz. – Było przy tym trochę kombinacji, bo nie da się w nieskończoność wymyślać dodatków; przecież zasłony mają swoją długość – śmieje się pani Sylwia.

Zdarza się, że mąż ją potem pyta: Dlaczego nie zakładamy tych brązowych zasłon? – One już się nie nadają do okna – słyszy odpowiedź. I to zgodną z prawdą…

Kolejnym wyzwaniem okazała się suknia dla 16-letniej Serafiny. – Miała być niebieska, ale maszyna nie chciała szyć tamtego materiału. Nie było na co czekać. Pod ręką był biały, więc biała jest sukienka – krótko wyjaśnia mama dziewczyny.

Gdy wszystko było gotowe mąż pani Sylwii zapakował cały majdan do samochodu i zawiózł towarzystwo na imprezę.

Takie akcje w domu powtarzają się nieustannie. Paczółtowickie panie wspominają też, jak szyły strój Lajkonika. – To na prymicję młodego księdza z naszej wioski. Jego mama poprosiła nas, żeby Remik i Serafina poprowadzili prymicjanta do kościoła. Chcieli, żeby ich ubrać np. w stroje góralskie. Sylwia zastanawiała się, czy góralskie stroje to dobry pomysł. Aż wymyśliła, że lepiej przebrać 5-letniego wówczas Remika za Lajkonika. Jak zwykle podpuściła mnie, żebym uszyła ten strój – pani Kasia do dziś nie może wierzyć, że podjęła się tego zadania.

Szyła czerwone wdzianko z żółtymi lamówkami, czapkę z brodą, no i konika. Do tego trzeba było kupić buciki z podkręconymi noskami z przodu, zrobić buławę i małą szabelkę, bo takiej nigdzie nie można było dostać. A wygląd Lajkonika odwzorowywała z kartki pocztowej. – Tylko, że na tej kartce był on wielkości znaczka pocztowego i szczegóły stroju musiałam oglądać przez lupę – wspomina i dodaje, że opłacało się, bo na widok miniaturowego Lajkonika – Remika ludzie wpadali w zachwyt.

Potem babcia i mama dla swoich dzieci i wnuków szyły kolejne stroje, dopasowując je do wierszyków i ról, które odgrywały w szkole. Jednak szycie dziwacznych ubiorów to tylko część pasji obu pań. Robią też z powodzeniem biżuterię z filcu, bibułowe kwiaty i wciągają do pracy Serafinę oraz Remika, wyklejają i malują pisanki, wymyślają ozdoby na choinkę, a techniką decoupage zdobią pudełka.

Do skansenu w Wygiełzowie jeżdżą na święta promujące ludowe zwyczaje i regionalne potrawy. A do tego prowadzą z powodzeniem gospodarstwo agroturystyczne i przyjmują gości z wielu stron świata, głównie pasjonatów golfa, bo w niedalekim sąsiedztwie mają największe w Europie pola golfowe.

Katarzyna Adamczak rozgląda się po domu. To nie jest obiekt opływający w luksusy z nowoczesnym wnętrzem. Jednak taki, że zaraz po wejściu każdy dobrze się tu czuje. – Budynek ma 104 lata. Mieszka w nim piąte pokolenie – mówi z uśmiechem pani Kasia. Niełatwo do nich dojechać, bo prowadzi tu kręta droga pod stroma gorę; samochody wjeżdżają z trudem. A do domu prowadzą strome, kręte schodki. Dookoła rozciąga się ogród z ziołami, kwiatami, krzewami.

Sylwia Adamczak-Kucharska mówi, że każde zajęcie jest dla niej równie fascynujące, ale jeśli tylko zaświeci słońce rzuca wszystko i w pośpiechu idzie do ogrodu, do swoich kwiatów.

– To właśnie z ogrodu, z obserwacji natury, czerpiemy pomysły – dodaje pani Katarzyna, która w ogrodzie też uwielbia spędzać czas. Tam uprawia swoje zioła. Potem sypie je do zupy, sałatek i na kanapki ze smalcem i ogórkiem. Zachwyca się naturalnymi potrawami, propaguje mąkę orkiszową, ciastka z macierzanką, o których jej córka mówi, że są idealne na pamięć.