Odwiedziłem pracownie najmłodszych malarzy: studentów ostatniego roku akademii i zeszłorocznych absolwentów. Za dziesięć, piętnaście lat to ich prace powinny wypełniać publiczne i prywatne kolekcje sztuki nowoczesnej.
Artysta rozbiera się z głowy
Włodzimierz Kalicki: Maluje pani autoportrety. Przedstawia się pani na nich nago, z rozchylonymi nogami, nie skrywając najintymniejszych skrawków ciała. Jakich reakcji oczekuje pani od oglądających te obrazy?
Małgorzata Malinowska: – Powinni się cieszyć, że widzą dobre malarstwo.
A jak reagują?
– Różnie. Część widzów ogląda moje obrazy właśnie jako malarstwo. Interesują ich rozwiązania formalne, nastrój obrazów. Bardzo się z takiego odbioru cieszę, niezależnie od tego, czy w moim malarstwie dostrzegają istotne walory artystyczne, czy nie akceptują go.
Ale wiem, że dla części oglądających moja twórczość jest tylko i wyłącznie epatowaniem erotyzmem. Słyszę, że mam obsesję na punkcie swojego ciała, że moja sztuka to ekshibicjonizm, próba zwrócenia na siebie za wszelką cenę uwagi.
Prawdę mówiąc, coś w tym jest. Wystawiam się na widok publiczny, nie wstydzę się przyznać, że to ja. W ten sposób ułatwiam traktowanie przedmiotowo i mnie, i mojej twórczości. Skoro niczego nie ukrywam, to łatwiej szowinistycznie uważać mnie za artystkę, która kreuje się na obiekt erotyczny. Nie mam problemu z pokazywaniem swojej nagości, nie wstydzę się tego, ale sfera cielesności i seksu jest dla mnie bardzo intymna. Niby wystawiam ją na widok publiczny – ale czy naprawdę? W trakcie malowania akty, które mają być moją postacią, oddzielają się ode mnie.
To jak w “Alicji w krainie czarów” – ja po drugiej stronie lustra. Moje akty stają się osobami jakby z innego świata – chociażby przez przeskalowanie postaci – zawieszone w nieokreślonej przestrzeni i czasie, zagadkowe.
A ja? Ja pozostaję sobą, poza lepkim wzrokiem. Dzięki temu sfera mojego obnażenia, cielesności, seksu pozostaje moją własnością. Właśnie dlatego moje obrazy nie są przesadzone, skandalizujące, wulgarne. Staram się mówić w nich coś o człowieku, o mnie. Przez to wydają mi się prawdziwe i uwolnione od przesadnych skojarzeń – subtelne i czysto estetyczne.
Ale i tak ciągle spotykam się z reakcjami redukującymi mnie do obiektu erotycznego. A to pani cycki są na tym obrazie? No moje. Aha, ładne są.
Te palanty nie widzą obrazu, tylko cycki. I damskie owłosienie. Kolega miał kupić jeden obraz. Pożyczył go, by sprawdzić, jak się z nim czuje. Powiesił na ścianie. W końcu spotkał się ze mną i mówi: nie, ja z takim obrazem nie wytrzymam, musisz się tam ogolić. Patrzył na obraz i mówił do mnie: musisz się ogolić. To paranoja.
Ależ pani świadomie prowokuje takie reakcje. Informując, kim jest naga modelka, wyprowadza niejako pani swoje malarstwo ze sfery autonomiczności.
– Ja nie podpisuję tych obrazów, daję im tylko numerki, bo to jest potrzebne do chronologii. Na mojej stronie internetowej nie jest napisane, że modelka to ja, choć na uczelni nie jest to tajemnicą. I gdy ktoś mnie pyta, czy to prawda, nie widzę powodu, by zaprzeczać.
O czym świadczy obsesyjne szukanie w tych obrazach pani realnej cielesności?
– Moim zdaniem o braku elementarnej edukacji ludzi, którzy tak patrzą na dzieło sztuki. Ale z drugiej strony nawet tak prymitywne reakcje są dobre, bo zwykle prowokują do rozmowy. Gdyby na obrazach była przedstawiona anonimowa modelka, to reakcja byłaby banalna: no, fajna, fajna. Albo: no, fajne ma te cycki. A gdy mówię, że to ja, robi się sytuacja dialogu.
Jakiego dialogu?
– Nieprzesadnie wyrafinowanego, to prawda. Zwykle zaczyna się od: naprawdę to pani? A potem ci śmielsi i bardziej rozgarnięci panowie zaczynają pytać o pozowanie, o malowanie. I na tym z reguły się kończy, ale zawsze jest nadzieja, że może się rozwinąć rozmowa o obrazie.
Jak technicznie godzi pani pozowanie z malowaniem swego aktu na dużym płótnie?
– Gdy maluję, patrzę na fotografie. Zwykle robię je sama, ale czasem proszę o to kogoś mi bliskiego, bo to jest przecież szalenie intymna sytuacja.
Co w pani ciele jest podczas malowania najbardziej interesujące?
– Szczerze mówiąc – liniowość. W wielkim dyskursie malarskim rysunku i koloru jestem zdecydowanie po stronie rysunku. Moje obrazy są płaskie, bo mnie fascynuje kontur. Nie lubię, gdy kontur jest rozmyty, zamglony. Gdy dochodzę do linii, muszę uzyskać prawdziwą żyletę.
Patrząc na moją fotografię, nie widzę siebie samej, lecz raczej mniej lub bardziej interesujący obrys. To jest decydujące. I już w tym patrzeniu, a nie dopiero w akcie malowania, tracę poczucie, że tam to jestem ja. To już jakaś inna postać, ona ma tylko moje ciało. Powstaje zupełnie nowy człowiek. Kobiety z obrazów patrzą na mnie. Czuję to. I czuję coś jeszcze – to jest wzrok drugiej osoby.
Nie interesuje pani odwieczne wyzwanie i fascynacja malarzy aktówkobieca skóra, gra jej gładzi ze światłem, pulsowanie, ciepło, przejrzystość?
– Interesuje mnie, ciągle próbuję użyć więcej farby, ale wciąż linia okazuje się dla mnie ważniejsza niż plama barwna.
Dlaczego zaczęła pani malować swoje akty?
– Właściwie trochę z przypadku. Na trzecim roku studiów pojechałam do Mediolanu. Chodziłam do szkoły, robiłam różne obrazki, ale tam wszystko zamykali na klucz o trzeciej po południu. Tak malować się nie da. Wolałam więc pracować w domu nad swoimi rzeczami. Na szczęście zabrałam z Polski porządne płótna lniane większego formatu, bo we Włoszech wszyscy studenci pracowali na bawełnie. Gdy zobaczyli mój len, szczęki im opadły. Widocznie u nich porządnie oprawione płótna lniane są rarytasem zastrzeżonym dla profesjonalistów. A u nas nawet studenci mogą sobie pozwolić na malowanie na sensownych materiałach.
Malowałam zamknięta w pokoju. Ciepło, Włochy, tradycja – wszystko to niemalże za oknem. I w końcu wpadłam na pomysł, by zabrać się do własnego aktu. Przypadek, kaprys. Ale gdy po powrocie do Warszawy zaczęłam się nad tym zastanawiać, uświadomiłam sobie, że wzięło się to z prostego mechanizmu. To, że ja stałam się przedmiotem mojego malarstwa, wynika głównie z niechęci do bylejakości otaczającego mnie świata. W akcie ucieczki skupiam się na tym, na czym mogę polegać – na sobie. Ta introspekcja wydaje mi się jedynym wyjściem z mojego zagubienia, z sytuacji braku wiarygodnych autorytetów, niedorastania rzeczywistości do standardów, które uważam za konieczne. Rozebrałam się dla obrazu nie dlatego, że było gorąco, i nie dlatego, że naga dziewczyna kręci panów. To się wzięło z głowy, choć uświadomiłam sobie ten fakt później. Bo pierwsza jest u mnie zawsze intuicja, uczucie. Sztuka bardziej niż do intelektu powinna odwoływać się do emocji.